Idę chodnikiem, droga bliska, ale nigdy nie uczęszczana, chyba najładniejsza w całym mieście.
Idę... ale czemu się uśmiecham ? czumu zaczynam się nawet śmiać, przecież po prostu idę.
Widzę jej sylwetkę... lecz spuszczam wzrok, po prostu się wstydzę...
Serce wali jak szalone, w sekundę myśli milon.
Co z tego że spotykam ją pierwszy raz życiu, skoro nigdy nie byłem aż tak szczęśliwy.
Aż tak szczęśliwy na widok obcej osoby, zupełnie obcej, a jednak tak bliskiej...
Już stoimy twarzą w twarz, obejmuje ją, ona mnie.
I tak stoimy... bez słowa.
Dobra puszczamy się, idziemy obok siebie...
Rozmawiamy...
Ale o czym ? Nie mam pojęcia... porostu nie pamiętam.
Pamiętam tylko to że wyobrażałem sobie że jest wyższa.
Ale nie wyobrażałem sobie że istnieje ktoś tak śliczny...
[ Ileś zapomnianych, niezapomnianych słów później ]
Już musieliśmy wracać do swoich domów, chciała mnie chwile odprowadzić, do końca ulicy.
Zanim jednak ruszyliśmy: - Dasz mi rączke ? - spytała.
I idziemy, czuje ciepło jej dłoni, niestet krótko.
Stajemy przytuleni, na rogu jakiś zjebanych ulic.
Długo tak staliśmy.
"Lubie cie"
Nie wiedziałem co to znaczy, jak zareagować.
Ale miałem w brzuchu motylki...
w sumie może to były helikoptery, bo było strasznie mocno... ale miło.
Szczęśliwy.
Tak to dobre słowo, byłem po prostu szczęśliwy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz